Interzone #85 (lipiec 1994); wywiad przeprowadzony przez Stana Nichollsa

- Gdybym był w stanie znaleźć sposób na przekonanie Barbary Cartland, żeby zaczęła jakoś inaczej określać swoje książki, zrobiłbym to - zapewnia David Eddings - ponieważ poprawny termin techniczny na to, co piszę, to romans. Moje książki wyrastają bezpośrednio ze średnioweicznego romansu, poza tym ja - w przeciwieństwie do J. R. R. Tolkiena - uwielbiam Lorda Alfreda Tennysona i Le Morte d' Arthur Sir Thomasa Malory'ego."

Eddings, któremu międzynarodowy rozgłos przyniosły serie Belgariada, Malloreon, EleniumTamuli, czytał fantasy i SF odkąd miał około 13 lat.
- Gdy miałem 17 lat zacząłem pisać - mówi - ale nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby zacząć bawić się w fantasy. Owszem, gdy miałem trochę ponad 20 lat, napisałem jedno czy dwa opowiadania w stylu sf, ale nie podobały mi się one. Coś w nich nie grało, może dlatego, że nie mam żadnego doświadczenia z naukami ścisłymi. Myślę, że przypomniałbym sobie wzór wody i trzecią zasadę Newtona. Mniej więcej tyle. Jestem beznadziejny, jeśli chodzi o wszelką technikę, a z matematyki byłem noga, dlatego to moja żona zajmuje się finansami.
Byłem przekonany, że zostanę aktorem. Byłem w tym niezły, a w szkole średniej i niższym college'u robiłem nawet kursy wymowy, organizowałem debaty i tym podobne. Potem dostałem stypendium i poszedłem do Reed, dość prestiżowego college'u w stanie Oregon. Nie układało mi się zbyt dobrze z facetem, który prowadził tam zajęcia z dramatu, za to byłem nałogowym czytaczem, a więc zająłem się literaturą angielską. Szło mi to nieźle, no i dało mi akademickie zaplecze anglistyczne.

Na studiach zakochał się w literaturze staroangielskiej.
- Może to było przeznaczenie, ponieważ to zainteresowanie łączy się bezpośrednio z tym, co robię teraz. Chodziłem na dwa czy trzy seminaria z Chaucera i jedno z Malory'ego. Mogłem nawet robić z tego dyplom, ale ostatecznie zdecydowałem się na współczesną prozę amerykańską - Hemingwaya, Faulknera, Steinbecka i tym podobnych. Niemniej sporo czasu poświęcałem na staroangielski i całkiem nieźle go opanowałem. Na tyle, że w mojej najnowszej powieści, Świetlistych, zamieszczam dla zabawy całą mowę napisaną w staroangielskim. Sprawdziłem ją bardzo dokładnie z różnymi słownikami i jest w porządku. Potrafię pisać po staroangielsku! Może zapoczątkuję modę.
No dobra, ale w Reed trzeba było napisać pracę licencjacką [Bachelor's]. Zazwyczaj licencjat oznacza tyle, co pieczątka "Wołowina amerykańska, klasa I". Prowadzą cię za rękę i dają dyplom, na którym potem musisz wpisać swoje nazwisko. Ja jednak napisałem powieść jako pracę licencjacką i bardzo się cieszę, że nie wysłałem jej do wydawcy. Współczuję mojemu profesorowi, że musiał to czytać. Niemniej napisałem tę powieść, udało mi się ją skończyć i przyjęli ją jako dyplom. Również w ramach pracy magisterskiej [Master's] na Uniwersytecie Stanu Waszyngton napisałem kawałek powieści. Ponieważ poświęciłem jej tylko jeden semestr, zaledwie sześć miesięcy, udało mi się napisać tylko połowę. Myślę jednak, że była znacznie lepsza od tej, którą napisałem w Reed.
Jakie to były powieści?
- Współczesne. Nie miały nic wspólnego z tą dziedziną, która przyniosła mi - niezasłużoną zapewne - sławę.

Po college'u nastąpiła krótka przerwa na służbę wojskową. Czy został powołany, czy też zaciągnął się, Eddings wciąż nie jest pewny.
- To trudne do określenia. Kończył się bezsens Wojny Koreańskiej i właśnie wtedy dostałem powołanie. Moja Komisja Poborowa była bardzo wyrozumiała. Każdej jesieni przysyłali mi list z pytaniem: "Czy zamierza pan kontynuować naukę, czy też jest pan gotów podjąć służbę wojskową?" Odpowiadałem więc: "Wracam na uczelnię" i dostawałem odroczenie. Zachowywali się tak przyzwoicie, że gdy w końcu uzyskałem licencjat, pomyślałem: "No cóż, teraz już nie strzelają się tak naprawdę w tej Korei, a więc może warto mieć z tym wreszcie spokój." Napisałem więc list: "W przyszłym roku nie zamierzam kontynuować studiów, a zatem mogę podjąć służbę wojskową." Popełniłem błąd przyznając się do trzech lat w Gwardii Narodowej, mimo że z prawnego punktu widzenia byłem na to za młody, no więc gdy zabrakło im kadry, dali mi własny pluton i powiedzieli: "Masz tu sześćdziesięciu trzech ludzi, postaraj się, żeby jak najwięcej z nich przeżyło." Było to jedno z najkoszmarniejszych doświadczeń w moim życiu. Zdarzały się tygodnie, w których nie miałem szans pooglądać wewnętrznej strony moich powiek. Ale, uff, udało mi się utrzymać ich przy życiu. Straciłem jednego, ale to dlatego, że uciekł, a ja wciąż mam w związku z tym poczucie winy. Niemniej jeden na sześćdziesięciu trzech to niezły wynik. Na szczęście nie wysłali mnie do Korei; wysłali mnie zamiast tego do Niemiec, a po dwóch latach nauki niemieckiego w college'u całkiem nieźle sobie tam radziłem.

Po zwolnieniu z wojska zaczął rozglądać się za pracą.
- Żeby zdobyć trochę pieniędzy dla siebie, jako że moja rodzina nie była zamożna, zacząłem pracować w sklepach spożywczych. Odkryłem, że dobry wędrowny sprzedawca może pojechać do dowolnego miasta i dostać pracę w dwa dni. Od czasu do czasu powracałem do tego, aczkolwiek przyznam, że wydobycie się ze sklepikarstwa jest równie wysoko na liście szczęśliwych zdarzeń w moim życiu co wydobycie się z armii. To nie było złe, ale aż tak bardzo mi się nie podobało.
Potem dostałem pracę w zakładach lotniczych Boeinga w Seattle. Zostałem tam czymś, co określano mianem "Missile Bum" ["rakietowy maniak", ale może też być "rakietowa prostytutka"]. Mniej więcej wtedy ożeniłem się, więc rozbijaliśmy się po kraju rozmieszczając rakiety Minuteman, i w końcu osiedliśmy w Nowym Orleanie, gdzie pracowałem przy projekcie Saturn jako handlowiec. Wydałem więcej pieniędzy podatników niż kiedykolwiek zdołam oddać w podatkach. Wszystko robiliśmy jako pierwsi, po prostu ze względu na rozmiary tego potwora, którego budowaliśmy. Byłem odpowiedzialny za kupno bardzo dziwnych rzeczy, których w ogóle nie rozumiałem. Prowadziłem specjalistów do inżynierów i pytałem: "Czy to ma sens? Pamiętajcie, że mam na to wydać około pięciu milionów dolarów." Oni rzucali na to okiem i mówili: "Ależ oczywiście, wszystko w porządku." Mam jednak wrażenie, że nigdy im do końca nie wierzyłem.
No więc mieszkaliśmy w Nowym Orleanie. Moja żona Leigh chorowała na astmę, a astma jest śmiertelna w Nowym Orleanie ze względu na klimat. Pamiętam, że jednej nocy ledwie zdążyłem z nią do szpitala. Uznałem, że powinniśmy się przenieść nieco dalej od delty Mississippi. Boeing nie odniósł się do tego ze zrozumieniem, więc rozstałem się z nimi i przenieśliśmy się na środkowy zachód, który po prostu jest suchszy. Przez około rok wykładałem literaturę w szkole biznesu. Potem wykładałem w małym college'u dla nauczycieli przez jakieś trzy czy cztery lata, po których administracja dostała podwyżkę, a wykładowcy nie. Powiedziałem im, żeby się wypchali z taką pracą. I, wielkie nieba, odszedłem z pracy gdy miałem widoki na stałą posadę. Mógłbym być tam nadal, ucząc chociażby o Dostojewskim.

Eddings uznał, że to niezły czas na wypróbowanie sił w pisarstwie.
- Oszczędziliśmy parę dolarów, żyliśmy oszczędnie przez rok i napisałem to, co miało okazać się moją pierwszą opublikowaną powieścią - High Hunt. Następnie przenieśliśmy się do Denver, gdzie powróciłem do sklepikarstwa, a w wolnych chwilach dopracowywałem zawiłości książki. W końcu wysłałem i ku memu zaskoczeniu (niech będzie: ku memu absolutnemu zdziwieniu) Putman przyjął i wydrukował ją w 1973. High Hunt to poważna opowieść przygodowa o grupie mężczyzn polujących na jelenie w górach stanu Waszyngton. Z dala od miasta pojawiają się napięcia i gwałtowna rywalizacja.

- Sprzedało się to bardzo dobrze, była nawet mowa o filmie. Ukazało się jednak w tym samym czasie co dość podobne Deliverance i trzy tomy The Taking of Pelham.
Na dodatek na moją pozycję na liście bestsellerów wpłynęło równoczesne pojawienie się Jonathan Livingstone Seagull. Ten ptak mnie znokautował.
Przeprowadziliśmy się z Denver do Spokane, gdzie się urodziłem. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego moja rodzina opuściła to miasto zaraz po moim urodzeniu, ale gdy tam przyjechałem, zrozumiałem, że mój ojciec był znacznie mądrzejszy niż sądziłem. Było to okropnie, okropnie nudne miasto. W Spokane nie ma nic do roboty. Kto przeczyta moją powieść The Losers, napisaną właśnie w tym czasie, znajdzie tam mnóstwo niedobrych opinii o Spokane, z których większość jest zapewne prawdą.

Powieść The Losers została opublikowana dopiero w 1992. Jej bohater, dobrze się zapowiadający student i sportowiec Raphael Taylor, traci nogę w spowodowanym po pijanemu wypadku samochodowym. Przenosi się do zaniedbanej dzielnicy Spokane, pełnej wyrzutków społeczeństwa i nieczułych pracowników opieki społecznej. Eddings chciał napisać taką powieść jeszcze w czasach, gdy pracował w sklepach spożywczych.
- Sklep spożywczy, w którym pracuje Raphael wygląda niemal tak samo jak te, w których ja pracowałem - wyjaśnia. - Wiele postaci, tych biednych, złamanych, żałosnych ludzi, to moi dawni klienci. Większość z nich była na garnuszku opieki społecznej, więc zwracali butelki, żeby zebrać pieniądze na jedzenie.

Skąd wzięła się ta pogarda dla pracowników opieki społecznej?
- Z doświadczenia. Straciłem sympatię do nich gdy tam pracowałem, więc zrobiłem z nich w The Losers rzeczników samego Diabła. Gdy tylko chciałem powiedzieć coś okropnego, wkładałem to w ich usta. Oto dziewczyna, która była w jakimś stanowym college'u, specjalizowała się w randkach, jako nastolatka przeszła przez obowiązkową aborcję, i skończyła szkołę jako pracownik socjalny z ledwie dostatecznym świadectwem. Potem dostaje czterdziestu czy pięćdziesięciu ludzi, nad którymi ma absolutną władzę. I taka niekompetentna osoba, nie mająca bladego pojęcia, jak wygląda życie na ulicy, podejmuje decyzje, które mogą zaważyć na całym ich życiu. Pracownicy opieki społecznej pragną jedynie dostać się do jakiegoś programu, ponieważ program zapewnia pełny etat dla trzech pokoleń pracowników opieki społecznej. No i wtrącają się, widziałem to. Widziałem, jak ci nędzarze, ich klienci, toczą nieustanne boje z Departamentem Opieki Społecznej. Nie dało się zrobić nic poza okazaniem im współczucia. Myślę, że powieść The Losers była moją próbą ofiarowania tym ludziom współczucia.
Zaraz po The Losers napisałem kilka innych, chwalebnie nieopublikowanych książek i zacząłem właśnie myśleć, że może warto by się zastanowić nad karierą poetycką czy jakąś inną. Jakoś żyłem i podejmowałem wsparte niewielkim przekonaniem próby powrotu do zawodu nauczyciela. Ale popyt na bezrobotnych wykładowców literatury nie był wielki.

Eddings zapewne próbowałby nadal wybić się jako pisarz głównonurtowy, gdyby nie przypadkowe odkrycie w księgarni.
- Zmierzałem ku tyłowi sklepu, gdzie trzymali poważną literaturę - wspomina - i przeszedłem obok regału z sf. Na dolnej półce stał egzemplarz Dwóch wież, drugiego tomu Władcy Pierścieni. Patrzyłem na tę książkę i myślałem: "Czyżby staruszek nadal trzymał się krzepko?" Wziąłem ją do ręki i zobaczyłem, że wydawcą jest Ballantine. Otóż Ballantine, w przeciwieństwie do wielu innych amerykańskich wydawnictw, podaje numer wydania. Zajrzałem do środka i okazało się, że miałem w ręce siedemdziesiąte trzecie wydanie! To dało mi do myślenia.
Zasadniczo miałem wtedy pracować nad książką, ale nudziło mnie to serdecznie. To okropne, kiedy pisarza nudzi jego własne dzieło, a tym razem osiągnęło taki poziom, kiedy nie mogłem nawet patrzeć na to, co napisałem. Pracując nad tą książką zdarzało mi się porzucać ją dla takiego sobie ot rysowania i zacząłem rysować mapę wymyślonego świata, ale w końcu odłożyłem ją i zapomniałem o niej. Gdy zobaczyłem siedemdziesiąte trzecie wydanie Dwóch wież wyciągnąłem znów tę mapę. Pozmieniałem to i owo, niektórym królestwom nadałem nowe nazwy. Potem zacząłem myśleć o ludziach, którzy zamieszkują te ziemie i pisałem sobie, że ta nacja jest jak ludzie mieszkający w Polsce w VIII wieku, ta jak Rzymianie w III w. p.n.e. i tak dalej. W końcu miałem całą mitologię, różne teologie i sensownie wyglądający czarny charakter, który okazał się czymś w rodzaju zbuntowanego boga. Następnie zacząłem wymyślać kolejnych bohaterów. Tak naprawdę były to wstępne szkice do tego, co później zmieniło się w BelgariadęMalloreon. Zajęło mi to około roku i miało ponad 230 stron.

Od samego początku Eddings nie miał wątpliwości co do tego, że jego opowieść fantasy ma być kilkutomową sagą.
- Nie miałem żadnych wątpliwości. Z tego powodu, że moje pierwotne wyobrażenie o tym, jak pisze się takie rzeczy, oparte było niemal wyłącznie na Władcy Pierścieni. Ponieważ byłem całkowitym żółtodziobem, sądziłem, że pisanie trylogii jest powszechną praktyką. Nie wiedziałem wówczas, że Staruszek Tolkien chciał, żeby Władca Pierścieni był jednym grubym tomem i bardzo, ale to bardzo zmartwił się, gdy jego wydawca Unwin powiedział, że zamierza pociąć to na kawałki. Byłem za to przekonany, że jeśli zamierza się napisać długą opowieść fantasy, to ma ona liczyć trzy tomy, a zatem zaproponowałem wydawnictwu Ballantine Belgariadę jako trylogię. Nie wiedziałem nawet wówczas o istnieniu wydawnictwa Del Rey Books; po prostu wysłałem list do Ballantine, ponieważ to oni wydali Tolkiena. Wyobraziłem sobie, że zacznę od samego szczytu i będę schodził niżej, aż skończę w jakimś Pocket Books, Ace, Baen lub czymś w tym rodzaju.
Amerykańska poczta przyczyniła się wówczas istotnie do mojej kariery pisarza fantasy, zgubiła bowiem ów list. Napisałem więc niezbyt uprzejmą notkę i otrzymałem wreszcie odpowiedź od samego Lestera Del Reya. Muszę wyznać, że przez lata polubiłem bardzo Lestera, ale walczyliśmy ze sobą nieustannie. Krzyczeliśmy na siebie przez telefon aż druty trzeszczały, a jego żona Judy-Lynn (chwała jej za to) usiłowała jakoś nas pogodzić. Lester udzielił mi jednak bardzo szybkiego kursu rzeczywistości - czyli ekonomii - rynku wydawniczego w Stanach. Rynek ten jest zdominowany przez dwie wielkie firmy księgarskie: B. Dalton i Waldenbooks, one zaś trzymają się pewnych reguł, jeśli chodzi o literaturę gatunków. W owych czasach cena książki w miękkiej oprawie nie mogła przekroczyć trzech dolarów. To oczywiście uległo zmianie, ale mówimy teraz o latach 1978-79. Lester powiedział: "To, co proponujesz, jest trylogią, która zapewne będzie miała jakieś 1500-1800 stron. Jeśli podzielisz to na trzy części, dostaniesz książki po 600 stron. Nie ma szans, żeby księgarnie zaakceptowały coś takiego." A następnie wypowiedział to słynne zdanie: "Powiem ci, co zrobimy. Podzielimy to na pięć części." "My" oznaczało oczywiście mnie.
Nie bardzo mi się to podobało. Opracowałem absolutnie idealne kulminacje każdego z trzech tomów, wszystko było gotowe. A tu Lester każe mi popełnić gwałt na opowieści, żeby przypodobać się sprzedawcom. Czułem się straszliwie urażony. Ale ponieważ podpisałem już kontrakt, nie miałem wielkiego wyboru i musiałem się zgodzić. Podkreślił, że dostanę zaliczkę za pięć książek zamiast trzech, co oznaczało poważny dodatkowy zastrzyk finansowy i złagodziło nieco cios. No więc męczyłem się z tym przez miesiąc i w końcu wymyśliłem coś, co się jako tako trzymało kupy. Chociaż nadal uważam, że prezentowałoby się lepiej w trzech tomach niż w pięciu. Ale jest już na świecie od tak dawna, że gdybym teraz próbował coś zmienić, to wrzaski protestu byłoby słychać aż na Księżycu.

Eddings uwielbia Tolkiena, co widać choćby w pieszczotliwym użyciu określenia "Staruszek" [oryg. "Poppa", także: Tatuńcio, Dziadunio], ale ma pewne wątpliwości co do dziedzictwa Władcy Pierścieni.
- Niewątpliwie ten człowiek to gigant. Sęk w tym, że Staruszek był takim gigantem w latach '60, że najwyraźniej stworzył paradygmat fantasy, do tego stopnia, że Lester zwykł mawiać, iż "fantasy to najbardziej pruderyjna ze sztuk." Chodzi mu o to, że o ile ludzie zaakceptują pewne rzeczy w harlekinach [romansach], o tyle w fantasy uznają je za nie do przyjęcia. Innymi słowy częścią dziedzictwa Tolkiena jest pewnego rodzaju pruderia. Jeśli nie liczyć jednego czy może dwóch wyjątków, nie istnieją żeńskie hobbity, a bohaterki nie mają nic poniżej szyi: czytasz o pięknych włosach i oczach, ale to wszystko. Działa to na mnie jak czerwona płachta na byka, toteż zrobiłem wszystko, co mogłem, żeby trochę poszerzyć granice. Nie zamierzam zmieniać fantasy w pornografię ani nic podobnego, ale chciałem po prostu zobaczyć, czy da się pójść o krok dalej. Rozpychanie tych granic pruderii i dodawanie elementów erotyzmu bardzo mnie bawi.
Łączy się to z moim odkryciem (i niezadowoleniem z niego) powszechnego wśród Amerykanów przekonania, iż melodia Greensleeves to kolęda. Tymczasem została ona skomponowana na cześć prostytutki. Czytałem Chaucera i wiem, że w średniowieczu istniały prostytutki. A skoro chcę realistycznie bawić się średniowieczem, to muszę mieć kieszonkowców, złodziei i prostytutki. Trzecia postać, która pojawia się w Elenium - drobna kobieta idąca w deszczu ulicą - to zapewne prostytutka. Wprowadziłem ją, żeby mieć pewność, że to prawdziwy świat i żeby pokazać, że w społeczeństwie średniowiecznym, mimo wszelkich uprzedzeń natury teologicznej, było co najmniej tyle prostytutek co rycerzy, których siła była siłą dziesięciu ludzi, ponieważ serca mieli czyste.

Światy fantasy Eddingsa oparte są na średniowieczu, ale wszystko inne - kultura, polityka, systemy magii i tak dalej - było wymyślane od początku. Czy nie jest to jeden z najtrudniejszych aspektów bycia pisarzem fantasy?
- To może być trudne, owszem, trzeba bowiem być na bieżąco z bardzo wieloma rzeczami. Twój bohater w powieści współczesnej może powiedzieć "Rany, odmówili mi realizacji czeku", a czytelnik będzie wiedział, o czym mowa. Ale w fantasy trzeba wymyślić teologię, socjologię i całą resztę. A jeśli zacznie się od tego, od czego ja zacząłem, czyli od wrzucenia do miksera trzech czy czterech tysiącleci europejskiej kultury - głównie starożytnego Rzymu, francuskiej i hiszpańskiej szlachty, Wikingów i muzułmanów - otóż gdy włączy się ten mikser, otrzyma się dziwaczną mieszaninę anachronizmów. Zaczynasz nawet myśleć, jak wyglądałby świat, w którym sąsiadowaliby ze sobą Rzymianie i Arabowie.

Eddings stara się opierać pokusie wymyślania magicznych McGyverów, które mogłyby wydostać bohatera z każdych tarapatów.
- To kwestia kompleksu Supermana, nieprawdaż? Jeśli masz więcej mocy niż lokomotywa i możesz jednym skokiem przeskoczyć wysoki budynek, to o co miałbyś się martwić? Na przykład taki wszechmocny czarodziej. Nie musi się niczego bać. Rozmawiałem o tym bardzo dużo z Lesterem Del Reyem. Powiedział, że jedynym sposobem na ominięcie tego, jest wymyślenie sensownych ograniczeń, w dodatku trzeba od samego początku znać szczegóły tych ograniczeń. Moja sztuczka jest taka, że magia wyczerpuje. Czary męczą. A zatem robienie czegokolwiek przy pomocy magii jest równie trudne jak przy pomocy siły mięśni, z tą tylko różnicą, że efekt jest natychmiastowy. Dodałem do tego jeszcze taki pomysł, że gdy bohater robi coś magicznego, powoduje to "hałas", słyszalny dla innych czarodziejów. Ktoś, kto chce w magiczny sposób przejść niezauważony po klombie i wymknąć się boczną uliczką, uruchomi wewnętrzne alarmy wszystkich czarodziejów w mieście. Każdy, kto ma jakiekolwiek zdolności magiczne, usłyszy to, co robi bohater, a to jest dość istotne, gdy chcemy, żeby się ukrywał.
Jak już o magii mowa, to jedynym, o co spieram się z Katherine Kurtz, jest jej zbytnia szczegółowość w wymyślaniu zaklęć. Jeśli pokaże się czytelnikom, jak wypowiedzieć zaklęcie i kiedy ono podziała, a kiedy nie, będą to wypróbowywać. I jeśli jakiś czternastolatek ze straszliwym trądzikiem, przekonany, że wyrecytowawszy jakieś konkretne zaklecie będzie umiał latać, wyskoczy z siedemdziesięciopiętrowego budynku, to będzie tylko twoja wina! Czuję tę odpowiedzialność, więc staram się nie być zbyt dokładny, gdy piszę o magii. Posługuję się tym pomysłem woli i słowa. Oznacza on tyle, że jeśli bohater chce posłużyć się magią, mówi po prostu "Stań się!" lub "Niech się stanie", lub coś podobnego. Łatwowierny czytelnik może wprawdzie koncentrować się z całych sił, ale nie sądzę, żeby zdołał, jak Uri Geller, zgiąć klucz siłą swojego umysłu. Jeśli zdoła, ma zapewnioną przyszłość w show-biznesie.

Sprzedawszy tyle książek, Eddings trafił zapewne do dość szerokiej publiczności. Czy wie, jacy są jego czytelnicy?
- Dostaję listy od fanów. Ciągle dostaję listy od fanów. To jasne, ponieważ piszę powieści z gatunku, który przemawia do nastolatków, spory procent moich czytelników to nastolatkowie, a ja nie daję im spocząć na laurach. Mam za sobą osiem lat studiowania i wykładania literatury, czytałem sporo klasyki, robię co mogę, żeby poszerzać swoje słownictwo, a mam nadzieję, że ich również. Nazwijmy to moim małym wkładem w świadomość społeczną, chociaż wolę myśleć o sobie, że uczę pewną liczbę ludzi czytać. Ale to brzmi pretensjonalnie.

- Ale piszą do mnie nie tylko młodzi ludzie, dostaję listy także od osób w średnim wieku, a niektórzy nawet nazywają swoje dzieci imionami moich bohaterów. Zdarzały się też listy od starszych ludzi. Nawet starszych ode mnie, z czym czasem jest mi się trudno pogodzić. Czasami czuję się stary jak świat.
Czasami zdarza się również nieprzyjemna poczta. Dostawałem kiedyś naprawdę dziwne listy od jakiegoś kompletnego, absolutnego oszołoma. Facet był byłym scjentologiem. Trudno uwierzyć, ale został wyrzucony z Kościoła Scjentologicznego, głównie dlatego, że był przekonany, że L. Ron Hubbard naprawdę nie umarł, ale hieratrchia Kościoła trzyma go w niewoli. I pisał listy do wszystkich. Wiem, że wysłał kilka do komika George Burnsa. Prawdę mówiąc nie były to całkiem listy, ale paczki, po pięć dolarów za przesyłkę każda, ponieważ miały rozmiary słownika. Wszystkie przesyłane materiały głosiły jedno: 'Uwolnijmy L. Ron Hubbarda.'
To, co pisał, z lekka mnie zaniepokoiło. Było to w czasach, gdy prezydentem był Ronald Reagan, a ja, mimo że nie byłem szczególnym wielbicielem Reagana, nie popieram zabójstwa jako metody wprowadzania zmian politycznych. Tymczasem w tej korespondencji wyczuwałem lekką groźbę. Wezwałem więc FBI, a oni skontaktowali mnie z tajnymi służbami. Przeczytałem im ten list, oni coś sprawdzili i powiedzieli: 'Taak, mamy na niego teczkę. Niech się pan nie boi, jest nieszkodliwy.'
Ten człowiek nazywał siebie 'Synem Bożym'. Można by się ucieszyć, że Zbawiciel żyje, ma się dobrze i mieszka w Arizonie. Pozbyłem się go dzięki czemuś, co zapewne zaprowadziło go do szpitala dla wariatów. Ponieważ nazywał siebie synem Boga, napisałem do niego list z nagłówkiem 'Od Boga Najwyższego do Jego Syna'. W liście napisałem: 'Twoja mama i ja jesteśmy trochę zmartwieni twoim zachowaniem. Nie powinieneś ujawniać swojej tożsamości. Pamiętaj, co wydarzyło się poprzednim razem.' Przez szereg lat nie miałem od niego żadnych wiadomości. Potem napisał znowu, więc posłałem mu następny taki list. Od tego czasu milczy. To nie było ładne z mojej strony, ale okoliczności były obciążające.

Po latach wędrówek David and Leigh Eddings osiedli chyba na dobre w Carson City w stanie Nevada.
- To brzmi niemal jak najemnictwo, ale do przyjazdu tu zachęciło nas głównie prawo podatkowe. Rządowi prawnicy przegrzebali kodeksy i odkryli, że istnieje podatek od zajęcia - że jeśli masz dochody z komponowania, malowania, pisania, właściwie wszelkiej twórczości, to są one w stanie Waszyngton opodatkowane. Frank Herbert najbardziej ucierpiał na tym odkryciu, gdy usiłowali opodatkować jego książki. Powołałem się na Pierwszą Poprawkę i parę innych ustaw, a w końcu doszedłem do wniosku, że nie mam ochoty być kolejną ofiarą. To, jak i fakt, że w tym czasie mieszkaliśmy w Spokane, gdzie przez 154 dni w roku brodziliśmy po kostki w śniegu, popchnęło nas w drogę na południe. Sprawdziliśmy, że w Nevadzie są najniższe podatki w całych Stanach - ze względu na kasyna. Ludzie z Kalifornii przyjeżdżają tu i płacą za nas. Nierzadko bylibyśmy szczęśliwsi, gdyby po prostu przysyłali te pieniądze pocztą, ale nie jesteśmy w stanie im tego wytłumaczyć.
Carson City to najspokojniejsze miasteczko, jakie kiedykolwiek widziałem, ma około 40.000 mieszkańców rozsianych na przestrzeni wielu mil. Jest absolutnie prześliczne, jeśli ktoś lubi patrzeć na bylicę, a poza tym w Nevadzie jest chyba więcej gór niż w jakimkolwiek innym stanie. Mam dość przenosin. Zapuszczam korzenie. Polubiłem to miejsce.
Jest bardzo przyjemne i spokojne niemal do znudzenia, a zatem idealne dla pisarza. Korzystam z tego spokoju, żeby napisać dwa prequele do BelgariadyMalloreonu. Skończę na dwunastu księgach. Jeśli to była dobra liczba dla Homera, to musi być też dobra dla mnie! Teraz, gdy wiem, jak skończyła się ta historia, mogę się cofnąć i napisać początek. Robię to we współpracy z moją żoną, której imię wreszcie znajdzie się na okładce. Cierpiała z tego powodu, a przecież jej wkład był znacznie większy niż całego wydawnictwa. A te dwie książki będą zdecydowanie dłuższe od poprzednich. Usiłuję utrzymać powieści w granicach sześciuset stron maszynopisu, ale niestety - dla ludzi, którzy będą za nie płacić, zarówno wydawców jak i czytelników - te będą grubsze, cięższe i w rezultacie nieco droższe.

Sposób pracy Eddingsa nie zmienił się wiele od czasu High Hunt.
- Zaczynam zawsze od zarysu, który może się zmieniać, ale jest bardzo szczegółowy. Piszę o świecie, który nigdy nie istniał, więc jeśli pozwolę sobie na dygresje, mogę znaleźć się w dżungli i nigdy się z niej nie wydostać. Muszę widzieć, dokąd zmierzam. Nie chodzi mi o to, że trzymam się niewolniczo szkicu, ponieważ jestem zawsze otwarty na sugestie, ale zawsze mam ogólny plan. Od czasu do czasu schodzę ze szlaku, ale nigdy się od niego nie oddalam. Staram się nie wylądować w Australii, jeśli moim celem jest Portugalia.
Ponieważ wstaję o pogańsko wczesnej porze, kończę dzień pracy przed świtem. Moje kłopoty z kręgosłupem mają ogromny wpływ na amerykańską literaturę. Jestem w stanie spać tylko przez kilka godzin, a potem muszę wstać, czy mi się to podoba, czy nie, a skoro już wstanę, to mogę równie dobrze zabrać się do pracy. A zatem kładę się spać o 8 wieczorem, a mój ranek zaczyna się o 2 w nocy. Lubię bardzo ciszę o tej porze, mogę się skoncentrować i przez te sześć godzin wymyślić trochę niezłych rzeczy. Wychodzi mi to całkiem nieźle i w końcu przekonałem nawet moją żonę do tego, że będę wstawał o drugiej nad ranem, niezależnie od tego, o której ona chce chodzić spać. Staliśmy się więc wcześnie kładącymi się i wcześnie wstającymi typami. Kiedyś było zupełnie na odwrót. Nie zaczynałem pracy przed północą i siedziałem do czwartej rano, po czym spałem do południa. Ale te czasy dawno przeminęły.
Najgorszą rzeczą w wolnym zawodzie jest to, że ma się najgorszego możliwego szefa. Pracuję codziennie przez cały rok za wyjątkiem Bożego Narodzenia - wtedy pracuję przez pół dnia. Wydaje mi się, że pianista Artur Rubinstein powiedział coś takiego: "Jeśli nie ćwiczę przez jeden dzień, zauważam to ja sam. Jeśli nie ćwiczę przez dwa dni, zauważa to moja żona. Jeśli opuszczę trzy dni, zauważy to publiczność." Mam wrażenie, że gdybym zrobił sobie tydzień wolnego, musiałbym zaczynać wszystko od początku i jeszcze raz uczyć się pisać. Nie mam na to ochoty. To również kwestia przyzwyczajenia. Jeśli się idzie w to samo miejsce, używa tego samego pióra, ma takie samo oświetlenie, to wchodzi to w krew.
Od czasu do czasu robiliśmy coś, co moja żona lubiła nazywać wakacjami: jechaliśmy do Reno i zatrzymywaliśmy się w hotelu. Ale doszedłem w końcu do stanu, kiedy nie byłem w stanie tego znieść. Nie mogę długo wysiedzieć przy blackjacku czy ruletce, ponieważ coś mnie woła. Teraz bierzemy dwupokojowy apartament, a ja zawsze mam przy sobie rękopis. Budzę się o drugiej w nocy i idę do pracy! Leigh trochę to irytuje, ale myślę, że rozumie. Dziękuję Bogu za to, że mam takie wsparcie, kogoś, kto docenia, że da się z tego żyć, a więc warto to robić. I pozwala mi na moje drobne dziwactwa i przyzwyczajenia. To dzięki niej mogę pisać, a ona bardzo wiele wnosi do moich książek. Bez jej pomocy nigdy nie poradziłbym sobie z postaciami kobiecymi. Przykro mi, ale żaden mężczyzna nie zrozumie, jak działa umysł kobiety. Mam papugę płci żeńskiej i nie jestem w stanie nijak zrozumieć, jak działa nawet jej umysł.

Mimo że nie wyklucza możliwości powrotu kiedyś do głównego nurtu, David Eddings sądzi, że będzie się trzymał fantasy.
- Pojechałem na konwent do Spokane, które jest dość dziwnym miejscem na konwent, spotkałem FM Busby'ego i było zabawnie. Rozmawialiśmy długo porównując klimat społeczny świata w czasach, kiedy popularne były różne rodzaje fantastyki. Doszliśmy do wniosku, że kiedy ludzie powszechnie uważali, że wszystko idzie ku dobremu, wtedy popularna była futurystyczna sf. Gdy wszystko szło ku gorszemu, wszyscy chcieli czytać fantasy, ponieważ ona zabiera nas w łatwiejsze czasy, w których istniały prawdy, w których wierzyło się w to, że nasi przywódcy mówią prawdę albo kłamią tylko wtedy, gdy jest to konieczne.
Nie jestem pewny, czy ta teoria jest prawdziwa. Ale jeśli ogólne nastawienie ludzkości jest optymistyczne, to wkroczymy w okres popularności science-fiction. Jeśli ogólne nastawienie jest pesymistyczne, fantasy będzie miała się dobrze.
Ja jestem na tyle pesymistą, że będę nadal pisał fantasy.

Tłumaczenie własne (AF)